Nie spodziewałam się, że po powrocie z dwóch koncertów Poznań Baroque będę miała jeszcze ochotę słuchać muzyki i to barokowej. Nawet trochę obawiałam się dawki uderzeniowej pierwszego wieczoru festiwalu. Kilka elementów złożyło się jednak na to, że chętnie pozostałabym dłużej w Auli UAM i nadal słuchała, słuchała…
Bardzo mnie ucieszył zupełny brak festiwalowej pompy. Nie było przemów w blasku fleszy, nachalnego i hałaśliwego obfotografowywania. Całością wieczoru zawładnęła muzyka. Chwilę przed wejściem na scenę zespołu Arte Dei Suonatori przygaszono światła na widowni, koncert odbywał się w półmroku. Bardzo to sprzyjało skupieniu się na muzyce. Dawno nie spotkałam się z tak naturalnie poddającą się muzyce publicznością.
Zespół Arte Dei Suonatori dał świetny koncert. Jest teraz w ich graniu spójne brzmienie i wspólny oddech, odpowiednia dawka indywidualności każdego z wykonawców, żywa wymiana i współpraca. Emanuje z nich energia i radość muzykowania. Szczególnie spodobała mi się pięknie wycieniowana sonata Georga Muffata, w której słychać francuskie wpływy (choć najpełniej chyba muzykę Muffata można opisać słowem „kosmopolityczna”), wyrazista, momentami porywająca Völker-Ouverture Georga Philippa Telemanna i jedno z Concerti grossi Georga Friedricha Haendla czyli spécialité de la maison tego zespołu.
Po około godzinnej przerwie rozpoczął się zaś koncert Holland Baroque Society. Zespołem kierują cztery wyraziste pod względem muzycznym i wizerunkowym panie, jego założycielki, które wspólnie decydują o programie koncertów i wybierają sobie dyrektorów artystycznych poszczególnych projektów. Tym razem padło na niemieckiego lutnistę, Andreasa Arenda - poprowadził koncert grając na teorbie. Opowiadał trochę (po polsku, może nie płynnie, ale komunikatywnie) o programie koncertu, zapowiadał bloki utworów. Było to konieczne również dlatego, że zaszły spore zmiany w porównaniu z tym, co wydrukowano w broszurach festiwalowych. Program był złożony z muzyki włoskiej i niemieckiej, o tematyce miłosnej, osnuty wokół Pieśni nad Pieśniami. No i cóż: bogactwo stylistyczne samej muzyki, odpowiednio uwypuklone kolejnością utworów, soczysty afekt, ekspresja, a jednocześnie bezpretensjonalne, bardzo żywe i dobrze unerwione kameralne muzykowanie. Skład: dwoje skrzypiec, altówka, wiolonczela, klawesyn, teorba. Wytrawnymi solistami wieczoru byli Celine Sheen (sopran) i Marek Rzepka (bas). Koncert nie był krótki, a pozostawił spory niedosyt, co świadczy o nim jak najlepiej.